Wiersze do recytacji

Recytowanie wierszy rozwija mowę, pozwala ćwiczyć dykcję i rozwijać panowanie nad emocjami w głosie. Poniżej prezentujemy nasz autorski wybór wierszy dla recytacji w dwóch kategoriach wiekowych. A jakie są Wasze ulubione wiersze do recytowania? Napiszcie w komentarzach swoje propozycje!

Wiersze do recytowania dla dzieci

Lokomotywa – Julian Tuwim

Stoi na sta­cji lo­ko­mo­ty­wa,
Cięż­ka, ogrom­na i pot z niej spły­wa –
Tłu­sta oli­wa.
Stoi i sa­pie, dy­szy i dmu­cha,
Żar z roz­grza­ne­go jej brzu­cha bu­cha:
Buch – jak go­rą­co!
Uch – jak go­rą­co!
Puff – jak go­rą­co!
Uff – jak go­rą­co!
Już le­d­wo sa­pie, już le­d­wo zi­pie,
A jesz­cze pa­lacz wę­giel w nią sy­pie.
Wa­go­ny do niej po­do­cze­pia­li
Wiel­kie i cięż­kie, z że­la­za, sta­li,
I peł­no lu­dzi w każ­dym wa­go­nie,
A w jed­nym kro­wy, a w dru­gim ko­nie,
A w trze­cim sie­dzą same gru­ba­sy,
Sie­dzą i je­dzą tłu­ste kieł­ba­sy.
A czwar­ty wa­gon pe­łen ba­na­nów,
A w pią­tym stoi sześć for­te­pia­nów,
W szó­stym ar­ma­ta, o! jaka wiel­ka!
Pod każ­dym ko­łem że­la­zna bel­ka!
W siód­mym dę­bo­we sto­ły i sza­fy,
W ósmym słoń, niedź­wiedź i dwie ży­ra­fy,
W dzie­wią­tym – same tu­czo­ne świ­nie,
W dzie­sią­tym – ku­fry, paki i skrzy­nie,
A tych wa­go­nów jest ze czter­dzie­ści,
Sam nie wiem, co się w nich jesz­cze mie­ści.

Lecz choć­by przy­szło ty­siąc atle­tów
I każ­dy zjadł­by ty­siąc ko­tle­tów,
I każ­dy nie wiem jak się na­tę­żał,
To nie udźwi­gną – taki to cię­żar!

Na­gle – gwizd!
Na­gle – świst!
Para – buch!
Koła – w ruch!

Naj­pierw
po­wo­li
jak żółw
ocię­ża­le
Ru­szy­ła
ma­szy­na
po szy­nach
ospa­le.
Szarp­nę­ła wa­go­ny i cią­gnie z mo­zo­łem,
I krę­ci się, krę­ci się koło za ko­łem,
I bie­gu przy­spie­sza, i gna co­raz prę­dzej,
I dud­ni, i stu­ka, ło­mo­ce i pę­dzi.

A do­kąd? A do­kąd? A do­kąd? Na wprost!
Po to­rze, po to­rze, po to­rze, przez most,
Przez góry, przez tu­nel, przez pola, przez las
I spie­szy się, spie­szy, by zdą­żyć na czas,
Do tak­tu tur­ko­ce i puka, i stu­ka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to,
Gład­ko tak, lek­ko tak to­czy się w dal,
Jak gdy­by to była pi­łecz­ka, nie stal,
Nie cięż­ka ma­szy­na zzia­ja­na, zdy­sza­na,
Lecz rasz­ka, igrasz­ka, za­baw­ka bla­sza­na.

A skąd­że to, jak­że to, cze­mu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha?
Że pę­dzi, że wali, że bu­cha, buch-buch?
To para go­rą­ca wpra­wi­ła to w ruch,
To para, co z ko­tła ru­ra­mi do tło­ków,
A tło­ki ko­ła­mi ru­sza­ją z dwóch bo­ków
I gna­ją, i pcha­ją, i po­ciąg się to­czy,
Bo para te tło­ki wciąż tło­czy i tło­czy,,
I koła tur­ko­cą, i puka, i stu­ka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!

Stefek Burczymucha – Maria Konopnicka

O więk­sze­go trud­no zu­cha,
Jak był Ste­fek Bur­czy­mu­cha,
– Ja ni­ko­go się nie boję!
Choć­by niedź­wiedź… to do­sto­ję!
Wil­ki?… Ja ich całą zgra­ję
Po­za­bi­jam i po­kra­ję!
Te hie­ny, te lam­par­ty
To są dla mnie czy­ste żar­ty!
A pan­te­ry i ty­gry­sy
Na sztyk we­zmę u swej spi­sy!
Lew!… Cóż lew jest?! – Ko­ciak duży!
Na­czy­ta­łem się po­dró­ży!
I znam tego je­go­mo­ści,
Co zły tyl­ko, kie­dy po­ści.
Sza­kal, wilk,?… Strasz­na no­wi­na!
To jest tyl­ko więk­sza psi­na!…
(Bry­sia mi­jam zaś z da­le­ka,
Bo nie lu­bię, gdy kto szcze­ka!
Komu ze­chcę, to dam radę!
Za­raz za oce­an jadę
I nie będę Stef­kiem chy­ba,
Jak nie chwy­cę wie­lo­ry­ba!
I tak przez dzień boży cały
Zuch nasz trą­bi swe po­chwa­ły,
Aż raz usnął gdzieś na sia­nie…
Wtem się bu­dzi nie­spo­dzia­nie.
Pa­trzy, aż tu ja­kieś zwie­rzę
Do śnia­da­nia mu się bie­rze.
Jak nie ze­rwie się na nogi,
Jak nie wrza­śnie z wiel­kiej trwo­gi!
Pę­dzi jak­by chart ze smy­czy…
– Ty­grys, tato! Ty­grys! – krzy­czy.
– Ty­grys?… – oj­ciec się za­py­ta.
– Ach, lew może!… Miał ko­py­ta
Strasz­ne! Trzy czy czte­ry nogi,
Pasz­czę taką! Przy tym rogi…
– Gdzie to było?
– Tam na sia­nie.
– Wła­śnie po­rwał mi śnia­da­nie…
Idzie oj­ciec, służ­ba cała,
Pa­trzą… a tu mysz­ka mała
Po­lna mysz­ka sie­dzi so­bie
I ząb­ka­mi se­rek skro­bie!…

Paweł i Gaweł – Aleksander Fredro

Pa­weł i Ga­weł w jed­nym sta­li domu,
Pa­weł na gó­rze, a Ga­weł na dole;
Pa­weł, spo­koj­ny, nie wa­dził ni­ko­mu,
Ga­weł naj­dzik­sze wy­my­ślał swa­wo­le.
Cią­gle po­lo­wał po swo­im po­ko­ju:
To pies, to za­jąc – mię­dzy sto­ły, stoł­ki
Go­nił, ucie­kał, wy­wra­cał ko­zioł­ki,
Strze­lał i trą­bił, i krzy­czał do zno­ju.
Zno­sił to Pa­weł, na­resz­cie nie może;
Scho­dzi do Gaw­ła i pro­si w po­ko­rze:
Zmi­łuj się wać­pan, po­luj ci­szej nie­co,
Bo mi na gó­rze szy­by z okien lecą. –
A na to Ga­weł: – Wol­noć, Tom­ku,
W swo­im dom­ku. –
Cóż byłe mó­wić? Pa­weł ani pi­snął,
Wró­cił do sie­bie i czap­kę na­ci­snął.
Na­za­jutrz Ga­weł jesz­cze smacz­nie chra­pie,
A tu z po­wa­ły coś mu na nos ka­pie.
Ze­rwał się z łóż­ka i pę­dzi na górę.
Sztuk! puki – Za­mknię­to. Spo­glą­da przez dziu­rę
I wi­dzi… Cóż tam? cały po­kój w wo­dzie,
A Pa­weł z węd­ką mie­dzi na ko­mo­dzie.
Co wać­pan ro­bisz? – Ryby so­bie ło­wię.
Ależ, mości­pa­nie, mnie ka­pie po gło­wie!
A Pa­weł na to: – Wol­noć, Tom­ku,
W swo­im dom­ku. –
Z tej to po­wiast­ki mo­rał w tym spo­so­bie:
Jak ty komu, tak on to­bie.

Słonko – Adam Asnyk

Wę­dro­wa­ło so­bie słon­ko,
Uśmiech­nię­te, ja­sne, zło­te,
Szło nad ga­jem, szło nad łąką,
Na­po­tka­ło w łzach sie­ro­tę –

Ten się żali: „Tak we­so­ło
Świe­cisz świa­tu, słon­ko moje,
Uśmie­cha­mi sy­piesz wko­ło,
Gdy ja smut­ny we łzach sto­ję;

Obo­jęt­nie pa­trzysz na to,
Jak się ludz­kie ser­ca mę­czą…
I nad każ­dą ludz­ką stra­tą
Pro­mie­ni­stą bły­skasz tę­czą.”

Słon­ko na to; „Bied­ne dzie­cię!
I mnie smut­no na nie­bio­sach,
Gdy o wa­szym my­ślę świe­cie
I o lu­dzi cięż­kich lo­sach.

Lecz nie mogę ustać w dro­dze,
By nad każ­dą bo­leć raną –
Więc w zło­ci­stym bla­sku cho­dzę,
Wy­peł­nia­jąc, co ka­za­no.

Nie po­mo­gą próż­ne żale…
Ból swój nie­bu trza po­le­cić –
A sa­me­mu wciąż wy­trwa­le
Trze­ba na­przód iść… i świe­cić!”

Kapuśniaczek – Julian Tuwim

Jak we­so­ły mi­lion drob­nych, wil­got­nych mu­szek,
Jak­by z wor­ków sza­rych mo­kry, mżą­cy ma­czek,
Sy­pie się i ska­cze dżdżu wod­ni­sty pu­szek,
Ro­śny pył je­sien­ny, siwy ka­pu­śnia­czek.

Sła­be to, ma­leń­kie, le­d­wo samo kro­pi,
Na­wet w bla­chy bęb­nić nie po­tra­fi jesz­cze,
Ot, mło­dziut­ki desz­czyk, fru­wa­ją­ce krop­ki,
Co by strasz­nie chcia­ły być do­ro­słym desz­czem.

Chcia­ły­by ule­wą lu­nąć w grom­kiej bu­rzy,
Mia­sto siec na ukos chlu­sta­ją­cą chło­stą,
W ryn­nach się roz­plu­skać, roz­lać się w ka­łu­ży,
Szy­by dzio­bać łza­wą i za­wi­łą ospą…

Tak to so­bie ma­rzy ka­pa­ni­na bied­na,
Sił ostat­kiem pu­sząc się w ostat­nim dresz­czu…
Lecz cóż? Spójrz: na dru­cie jeź­dzi kro­pla jed­na.
Już ją wró­bel strzą­snął. Już po ca­łym desz­czu.

Na straganie – Jan Brzechwa

Na stra­ga­nie w dzień tar­go­wy
Ta­kie sły­szy się roz­mo­wy:

„Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więd­nie, pa­nie ko­prze.”

„Cóż się dzi­wić, mój szczy­pior­ku,
Leżę tu­taj już od wtor­ku!”

Rze­cze na to ka­la­rep­ka:
„Spójrz na rze­pę – ta jest krzep­ka!”

Groch po brzusz­ku rze­pę kle­pie:
„Jak tam, rze­po? Co­raz le­piej?”

„Dzię­ki, dzię­ki, pa­nie gro­chu,
Ja­koś żyje się po tro­chu.

Lecz pie­trusz­ka – z tą jest go­rzej:
Bla­da, chu­da, spać nie może.”

„A to fe­ler” –
Wes­tchnął se­ler.

Bu­rak stro­ni od ce­bu­li,
A ce­bu­la doń się czu­li:

„Mój Bu­ra­ku, mój czer­wo­ny,
Czy­byś nie chciał ta­kiej żony?”

Bu­rak tyl­ko nos za­ty­ka:
„Niech no pani prę­dzej zmy­ka,

Ja chcę żonę mieć bu­ra­czą,
Bo przy pani wszy­scy pła­czą.”

„A to fe­ler” –
Wes­tchnął se­ler.

Na­raz sły­chać głos fa­so­li:
„Gdzie się pani tu gra­mo­li?!”

„Nie bądź dla mnie taka wiel­ka” –
Od­po­wia­da jej bruk­sel­ka.

„Wi­dzie­li­ście, jaka krew­ka!” –
Za­pe­rzy­ła się mar­chew­ka.

„Niech roz­są­dzi nas ka­pu­sta!”
„Co, ka­pu­sta?! Gło­wa pu­sta?!”

A ka­pu­sta rze­cze smut­nie:
„Moi dro­dzy, po co kłót­nie,

Po co wa­sze swa­ry głu­pie,
Wnet i tak zgi­nie­my w zu­pie!”

„A to fe­ler” –
Wes­tchnął se­ler.

Bambo – Julian Tuwim

Mu­rzy­nek Bam­bo w Afry­ce miesz­ka,
Czar­ną ma skó­rę ten nasz ko­leż­ka.

Uczy się pil­nie przez całe ran­ki
Ze swej mu­rzyń­skiej Pierw­szej czy­tan­ki.

A gdy do domu ze szko­ły wra­ca,
Pso­ci, fi­glu­je – to jego pra­ca.

Aż mama krzy­czy: „Bam­bo, ło­bu­zie!”
A Bam­bo czar­ną na­dy­ma bu­zię.

Mama po­wia­da: „Na­pij się mle­ka”,
A on na drze­wo ma­mie ucie­ka.

Mama po­wia­da: „Chodź do ką­pie­li”,
A on się boi, że się wy­bie­li.

Lecz mama ko­cha swo­je­go syn­ka,
Bo do­bry chło­pak z tego Mu­rzyn­ka.

Szko­da, że Bam­bo czar­ny, we­so­ły,
Nie cho­dzi ra­zem z nami do szko­ły.

Rzepka – Julian Tuwim

Za­sa­dził dzia­dek rzep­kę w ogro­dzie,
Cho­dził te rzep­kę oglą­dać co dzień.
Wy­ro­sła rzep­ka jędr­na i krzep­ka,
Schru­pać by rzep­kę z ka­wał­kiem chleb­ka!
Więc cią­gnie rzep­kę dzia­dek nie­bo­żę,
Cią­gnie i cią­gnie, wy­cią­gnąć nie może!

Za­wo­łał dzia­dek na po­moc bab­cię:
„Ja zła­pię rzep­kę, ty za mnie złap się!”
I bied­ny dzia­dek z bab­cią nie­bo­gą
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!

Przy­le­ciał wnu­czek, bab­ci się zła­pał,
Poci się, stę­ka, aż się za­sa­pał!
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Za­wo­łał wnu­czek szcze­niacz­ka Mrucz­ka,
Przy­le­ciał Mru­czek i cią­gnie wnucz­ka!
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Na kur­kę czy­hał ko­tek w ukry­ciu,
Za­szcze­kał Mru­czek: „Po­móż nam, Ki­ciu!”
Ki­cia za Mrucz­ka,
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Więc woła Ki­cia kur­kę z po­dwór­ka,
Wnet przy­le­cia­ła usłuż­na kur­ka.
Kur­ka za Ki­cię,
Ki­cia za Mrucz­ka,
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Szła so­bie gą­ska ście­żyn­ką wą­ską,
Krzyk­nę­ła kur­ka: „Chodź no tu gą­sko!”
Gą­ska za kur­kę,
Kur­ka za Ki­cię,
Ki­cia za Mrucz­ka,
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Le­ciał wy­so­ko bo­cian-dłu­go­nos,
„Fruń­że tu, boć­ku, do nas na po­moc!”
Bo­ciek za gą­skę,
Gą­ska za kur­kę,
Kur­ka za Ki­cię,
Ki­cia za Mrucz­ka,
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
Oj, przy­dał­by się ktoś na przy­czep­kę!
Pocą się, sa­pią, stę­ka­ją sro­go,
Cią­gną i cią­gną, wy­cią­gnąć nie mogą!

Ska­ka­ła dro­gą zie­lo­na żab­ka,
Zła­pa­ła boć­ka – rzad­ka to grat­ka!
Żabka za boć­ka,
Bo­ciek za gą­skę,
Gą­ska za kur­kę,
Kur­ka za Ki­cię,
Ki­cia za Mrucz­ka,
Mru­czek za wnucz­ka,
Wnu­czek za bab­cię,
Bab­cia za dziad­ka,
Dzia­dek za rzep­kę,
A na przy­czep­kę
Kaw­ka za żab­kę
Bo na tę rzep­kę
Też mia­ła chrap­kę.

Tak się za­wzię­li, Tak się na­dę­li,
Ze na­gle rzep­kę
Trr­rach!! – wy­cią­gnę­li!
Aż wstyd po­wie­dzieć,
Co było da­lej!
Wszy­scy na sie­bie
Po­upa­da­li:
Rzep­ka na dziad­ka,
Dzia­dek na bab­cię,
Bab­cia na wnucz­ka,
Wnu­czek na Mrucz­ka,
Mru­czek na Ki­cię,
Ki­cia na kur­kę,
Kur­ka na gą­skę,
Gą­ska na boć­ka,
Bo­ciek na żab­kę,
Żabka na kaw­kę
I na ostat­ku
Kaw­ka na traw­kę.

Wiersze do recytowania dla młodzieży

Inwokacja – Adam Mickiewicz

Li­two, Oj­czy­zno moja! ty je­steś jak zdro­wie;
Ile cię trze­ba ce­nić, ten tyl­ko się do­wie,
Kto cię stra­cił. Dziś pięk­ność twą w ca­łej ozdo­bie
Wi­dzę i opi­su­ję, bo tę­sk­nię po to­bie.

Pan­no świę­ta, co Ja­snej bro­nisz Czę­sto­cho­wy
I w Ostrej świe­cisz Bra­mie! Ty, co gród zam­ko­wy
No­wo­gródz­ki ochra­niasz z jego wier­nym lu­dem!
Jak mnie dziec­ko do zdro­wia po­wró­ci­łaś cu­dem
(— Gdy od pła­czą­cej mat­ki, pod Two­ją opie­kę
Ofia­ro­wa­ny mar­twą pod­nio­słem po­wie­kę;
I za­raz mo­głem pie­szo, do Twych świą­tyń pro­gu
Iść za wró­co­ne ży­cie po­dzię­ko­wać Bogu —)
Tak nas po­wró­cisz cu­dem na Oj­czy­zny łono!…
Tym­cza­sem, prze­noś moją du­szę utę­sk­nio­ną
Do tych pa­gór­ków le­śnych, do tych łąk zie­lo­nych,
Sze­ro­ko nad błę­kit­nym Nie­mnem roz­cią­gnio­nych;
Do tych pól ma­lo­wa­nych zbo­żem roz­ma­item,
Wy­zła­ca­nych psze­ni­cą, po­sre­brza­nych ży­tem;
Gdzie bursz­ty­no­wy świe­rzop, gry­ka jak śnieg bia­ła,
Gdzie pa­nień­skim ru­mień­cem dzię­cie­li­na pała,
A wszyst­ko prze­pa­sa­ne jak­by wstę­gą, mie­dzą
Zie­lo­ną, na niej zrzad­ka ci­che gru­sze sie­dzą.

Do młodych – Adam Asnyk

Szu­kaj­cie praw­dy ja­sne­go pło­mie­nia!
Szu­kaj­cie no­wych, nie od­kry­tych dróg…
Za każ­dym kro­kiem w taj­ni­ki stwo­rze­nia
Co­raz się du­sza ludz­ka roz­prze­strze­nia
I więk­szym sta­je się Bóg!

Choć otrzą­śnie­cie kwia­ty barw­nych mi­tów,
Choć roz­pro­szy­cie le­gen­do­wy mrok,
Choć mgle uro­jeń ze­drze­cie z błę­ki­tów,
Lu­dziom nie­biań­skich nie zbrak­nie za­chwy­tów,
Lecz da­lej się­gnie ich wzrok.

Każ­da epo­ka ma swe wła­sne cele
I za­po­mi­na o wczo­raj­szych snach…
Nie­ście więc wie­dzy po­chod­nie na cze­le
I nowy udział bierz­cie w wie­ków dzie­le,
Przy­szło­ści pod­no­ście gmach!

Ale nie depcz­cie prze­szło­ści oł­ta­rzy,
Choć ma­cie sami do­sko­nal­sze wznieść;
Na nich się jesz­cze świę­ty ogień ża­rzy
I mi­łość ludz­ka stoi tam na stra­ży,
I wy win­ni­ście im cześć!

Ze świa­tem, któ­ry w ciem­ność już za­cho­dzi
Wraz z cała tę­czą ide­al­nych snów,
Praw­dzi­wa mą­drość nie­chaj was po­go­dzi,
I wa­sze gwiaz­dy, o zdo­byw­cy mło­dzi,
W ciem­no­ści po­ga­sną znów!

Reduta Ordona – Adam Mickiewicz

Nam strzelać nie kazano. — Wstąpiłem na działo
I spojrzałem na pole; dwieście armat grzmiało.
Artyleryji ruskiéj ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
I widziałem ich wodza; — przybiegł, mieczem skinął
I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął.
Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota
Długą, czarną kolumną, jako lawa błota,
Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy,
Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

Przeciw nim sterczy biała, wąska, zaostrzona,
Jak głaz, bodzący morze, reduta Ordona.
Sześć tylko miała harmat. Wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.
Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;
Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci
I ogromna łysina śród kolumny świeci.

Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje,
Ryczy, jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; —
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszéj nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swéj stolicy,
Król wielki, samowładnik świata połowicy.
Zmarszczył brwi, — i tysiące kibitek wnet leci;
Podpisał, — tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, — padają knuty od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy!
Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże:
Warszawa jedna twojéj mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojéj głowy,
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

Car dziwi się — ze strachu drżą Petersburczany,
Car gniewa się — ze strachu mrą jego dworzany;
Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara
Jest car. — Car gniewny: umrzem, rozweselim cara!
Posłany wódz kaukaski z siłami pół-świata,
Wierny, czynny i sprawny — jak knut w ręku kata.

Ura, ura! Patrz, blisko reduty, już w rowy
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czernią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze reduta w środku, jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad czernią: jak w środek mrowiska
Wrzucony motyl błyska, — mrowie go naciska, —
Zgasł; — tak zgasła reduta. Czyż ostatnie działo,
Strącone z łoża, w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni bombardyjer zalał?
Zgasnął ogień. — Już Moskal rogatki wywalał.

Gdzież ręczna broń? — Ach, dzisiaj pracowała więcéj,
Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcéj!
Zgadłem, dlaczego milczy, — bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Żołnierz, jako młyn palny, nabija — grzmi — kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła — i żołnierz pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;
Upuścił ją i upadł; nim dobiją, skona!…
Takem myślił, — a w szaniec nieprzyjaciół kupa
Już lazła, jak robactwo na świeżego trupa.

Pociemniało mi w oczach; a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój jenerał.
On przez lunetę, wspartą na mojém ramieniu,
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł: „Stracona”. — Spod lunety jego
Wymknęło się łez kilka, — rzekł do mnie: „Kolego,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?” — „Jenerale,
Czy go znam? — Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę — znajdę — dojrzę — śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu, ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. —
Widzę go znowu — widzę rękę — błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go — zginął. — O, nie — skoczył w dół, do lochów!” —
„Dobrze — rzecze jenerał, — nie odda im prochów”.

Tu blask, — dym, — chwila cicho — i huk jak stu gromów!
Zaćmiło się powietrze od ziemi wyłomów:
Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach; lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam; i w gęstéj chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać, prócz granatów blasku,
I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.
Spojrzałem na redutę. — Wały, palisady,
Działa i naszych garstka, i wrogów gromady:
Wszystko jako sen znikło! — Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnéj leży — rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, — i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli;
Choćby cesarz Moskalom kazał wstać: już dusza
Moskiewska, tam raz pierwszy, cesarza nie słusza!
Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona:
Dusze gdzie? Nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.
On będzie Patron szańców! — Bo dzieło zniszczenia
W dobréj sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia:
Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze!
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Obleją, jak Moskale redutę Ordona:
Karząc plemie zwycięzców zbrodniami zatrute,
Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

Wiosna – Julian Tuwim

Gro­ma­dę dziś się po­chwa­li,
Po­chwa­li się zbie­go­wi­sko
I mia­sto.
Na ryn­kach się sto­sy za­pa­li
I buch­nie wiel­kie ogni­sko,
I tłum na uli­cę wy­le­gnie
Z ką­tów wy­peł­znie, z nor wy­bie­gnie
Świę­to­wać wio­snę w mie­ście,
Świę­to­wać jur­ne świę­to.
I Cie­bie się po­chwa­li,
Brzu­chu w bio­drach sze­ro­kich,
Nie­wia­sto!

Za­chy­bo­ta­ło! — Buch­nę­ło – i pły­nie –
Szu­ra­ją nóż­ki, ko­ły­szą się bio­dra,
Gwar, gwar, gwar, chi­cho­ty,
Gwar, gwar, gwar, pi­ski,
Wy­glan­co­wa­ne dow­cip­ku­ją py­ski,
Wy­le­gło mi­liard pstro­ka­tej ho­ło­ty,
Szu­ra­ją nóż­ki, ko­ły­szą się bio­dra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną ty­sią­ce roz­wy­drzo­nych par,
– A da­lej! A da­lej! A da­lej!
W ciem­ne zie­leń­ce, do alej,
Na ław­ce, psie­kr­wie, na traw­ce,
Na­rób­cie Pol­sce ba­cho­rów,
Wij­cie się, psie­kr­wie, wij­cie,
W szyn­kach na­roż­nych pij­cie,
Roz­rzuć­cie wię­cej „ka­wa­ler­skich cho­rób”!
A!! będą póź­niej ze wsty­du się wiły
Dziew­ki fa­brycz­ne, brzu­cha­te ko­by­ły,
Krzy­wych pę­dra­ków srom­ne no­si­ciel­ki!
Gwałć­cie! Po­le­ci każ­da na ko­la­cję!
Na ko­lo­ro­we wa­sze ka­mi­zel­ki,
Na pa­pie­ro­we wa­sze koł­nie­rzy­ki!
Tłu­mie, bądź dzi­ki!
Tłu­mie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrod­nia­rzu cu­dow­ny i pro­sty,
Ele­men­tar­ny, pier­wot­nie wspa­nia­ły!
Ty gno­ju mia­sta ty­ta­nicz­nej kro­sty,
Tłu­mie, o Tłu­mie, Tłu­mie roz­sza­la­ły!
Fa­luj, strasz­li­wa maso, po uli­cach,
Wra­caj od rogu, śmiej się, wa­riuj, sza­lej!
Cia­sno ci w zwar­tych, twar­dych ka­mie­ni­cach,
Przyj! Może pęk­ną – i pój­dzie­cie da­lej!

Po­wie­trza! Z swych za­tę­chłych i nud­nych fa­cja­tek
Wy­legł po­twór po­rub­czy! Hej, czter­na­sto­lat­ki,
Bę­dzie dziś z was ko­ro­wód za­sro­ma­nych ma­tek,
Kwiat­ki moje nie­win­ne! Ja­sne moje dziat­ki!

Bę­dzie dziś świę­to wa­sze i za­brzę­czą szklan­ki,
Ze wsty­dem po­wró­ci­cie, ro­dzi­ce was skar­cą!
Wyj­dzie­cie dziś na rogi ulic, o ko­chan­ki,
Sprze­da­wać się ob­le­śnym, trzę­są­cym się star­com!

Hej w dryn­dy! Do ho­te­lów! Na wie­deń­ski szny­cel!
Na piw­ko, na ko­nia­czek, na ka­nap­kę mięk­ką!
Uśmiech­nie się, dziew­cząt­ka, kel­ner wasz, jak szpi­cel,
Nie­jed­na taką wi­dział, nie­jed­na ser­deń­ko…

A kie­dy cię obej­mą śli­skie, drżą­ce łapy
I mło­dej pier­si chci­wie, szyb­ko szu­kać za­czną,
Gdy ro­ze­dmą się w żą­dzy noz­drza, tłu­ste chra­py,
Gdy ci kto po­cznie szep­tać po­ku­sę łaj­dacz­ną –

– Po­zwól!!! Prze­raź go sobą, ty grze­chu, ko­bie­to!
Ro­dzi­ciel­ko wspa­nia­ła! Sa­mi­co na­brzę­kła!
Olśnij go wy­uz­da­niem jak zło­tą ra­kie­tą!
„Nie w sty­lu” bę­dziesz – trwoż­na, wsty­dli­wa, wy­lę­kła…

Wio­sna!!! Patrz, co się dzie­je! Toć jesz­cze za chwi­lę
I rzu­ci się tłum cały w rui na uli­cę!
Zoś­ki ze szwal­ni i pral­ni, „Igna­cze”, Ka­mi­le!
I po­czną sobą sam­ców czę­sto­wać sa­mi­ce!

Wio­sna!!! Haj­da – pęcz­niej­cie! Truj­cie się ze sro­mu!
Do szpi­ta­li gro­mad­nie, tłusz­czo roz­wy­drzo­na!
Do klo­ak swe ba­strzę­ta ci­skaj po kry­jo­mu,
I zno­wu na uli­cę, w jej chwyt­ne ra­mio­na!!!

Jesz­cze! Jesz­cze! I jesz­cze! Za­chłan­nie! Bez­kre­śnie!
Rodź­cie, a jak naj­wię­cej! Trze­ba mia­sto si­lić!
Wy­ry­waj­cie ba­cho­rom ję­zy­ki bo­le­śnie,
By, gdy je w dół wrzu­ci­cie nie mo­gły już kwi­lić!

Wszyst­ko – wa­sze! Bio­dra­mi śmi­gaj­cie, uda­mi!
Niech idzie tan lu­bież­nych pod­nie­ceń! Nie szko­dzi!
– Och, sła­wię ja cię, tłu­mie, wznio­sły­mi sło­wa­mi
I cie­bie, Wio­sno, za to, że się zbrod­niarz pło­dzi!

Moja piosnka [II] – C.K.Norwid

Do kra­ju tego, gdzie kru­szy­nę chle­ba
Pod­no­szą z zie­mi przez usza­no­wa­nie
Dla da­rów Nie­ba….
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Do kra­ju tego, gdzie winą jest dużą
Po­pso­wać gniaz­do na gru­szy bo­cia­nie,
Bo wszyst­kim słu­żą…
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Do kra­ju tego, gdzie pierw­sze ukło­ny
Są, jak od­wiecz­ne Chry­stu­sa wy­zna­nie,
„Bądź po­chwa­lo­ny!”
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Tę­sk­no mi jesz­cze i do rze­czy in­nej,
Któ­rej już nie wiem, gdzie leży miesz­ka­nie,
Rów­nie nie­win­nej…
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Do bez-tę­sk­no­ty i do bez-my­śle­nia,
Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
Bez świa­tło-cie­nia…
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Tę­sk­no mi owdzie, gdzie któż o mnie stoi?
I tak być musi, choć się tak nie sta­nie
Przy­jaź­ni mo­jej…
Tę­sk­no mi, Pa­nie…

Elegia o chłopcu polskim – Krzysztof Kamil Baczyński

Od­dzie­li­li cię, sy­necz­ku, od snów, co jak mo­tyl drżą,
ha­fto­wa­li ci, sy­necz­ku, smut­ne oczy rudą krwią,
ma­lo­wa­li kra­jo­bra­zy w żół­te ście­gi po­żóg,
wy­szy­wa­li wi­siel­ca­mi drzew pły­ną­ce mo­rze.

Wy­uczy­li cię, sy­necz­ku, zie­mi twej na pa­mięć,
gdyś jej ścież­ki po­wy­ci­nał że­la­zny­mi łza­mi.
Od­cho­wa­li cię w ciem­no­ści, od­kar­mi­li boch­nem trwóg,
prze­mie­rzy­łeś po omac­ku naj­wsty­dliw­sze z ludz­kich dróg.

I wy­sze­dłeś, ja­sny syn­ku, z czar­ną bro­nią w noc,
i po­czu­łeś, jak się jeży w dźwię­ku mi­nut – zło.
Za­nim pa­dłeś, jesz­cze zie­mię prze­że­gna­łeś ręką.
Czy to była kula, syn­ku, czy to ser­ce pę­kło?

Ballada o Trzęsących się Portkach – K.I.Gałczyński

Po­słu­chaj­cie, o dziat­ki,
bar­dzo ślicz­nej bal­lad­ki:

Był so­bie pe­wien pan,
na twa­rzy kwa­śny i wklę­sły,
miał por­tek z pięt­na­ście par
(a może szes­na­ście)
i wszyst­kie mu się trzę­sły;

wło­ży sza­re: jak w fe­brze;
wło­ży gra­na­to­we: też;
od ślu­bu: jesz­cze lep­sze!
ma­ren­go: wzdłuż i wszerz.

Krót­ko mó­wiąc, w któ­re­kol­wiek por­t­ki
koń­czy­ny dol­ne wty­kał,
to trzę­sły mu się one
jak nie przy­mie­rza­jąc osi­ka.

W ten spo­sób, przez trzę­sie­nie,
pan ży­wot miał bar­dzo li­chy,
bo wszę­dzie, gdzie wszedł, zdzi­wie­nie,
a po­tem śmi­chy i chi­chy.

W koń­cu bab­cia czy cio­cia,
już nie pa­mię­tam kto,
po­wie­dzia­ła do tego pana:
„Chłop­cze, ty uschniesz, bo

nad por­tek spra­wą prze­dziw­ną
wy­la­łeś trzy mo­rza łez,
a zno­wu nie jest tak zim­no,
więc spró­buj cho­dzić bez.

Toć są ma­te­ria­ły uro­cze.
Toć są, ko­cha­nie. Toć.
Ty kup so­bie ja­kiś szla­fro­czek
i w tym szla­frocz­ku chodź;

lub od razu na za­dek
kup so­bie spód­nic trosz­kę,
a na wszel­ki wy­pa­dek
pa­ra­sol­kę. I brosz­kę;

też in­nych rze­czy mnó­stwo,
ko­ciac­kie ochę­dó­stwo,

rzę­sy z dru­tu, naj­lo­ny —
i już bę­dziesz urzą­dzo­ny,
a wąsy so­bie wy­skub.
I tak wy­glą­dasz jak bi­skup”.

Ku­pił pan so­bie szla­fro­czek,
cho­dził w szla­frocz­ku ro­czek,
ale tyl­ko w ciem­no­ści,
bo i szla­frok trząsł mu się co­ści;

a por­t­ki scho­wa­ne w kre­den­sie
też się nie zrze­kły tych trzę­sień;

trzę­sło się całe miesz­kan­ko,
ka­na­py i fu­try­ny,
bo to był dom me­lan­cho
i bar­dzo cyko ryj­ny.

Tu­taj się koń­czy bal­la­da
o por­t­kach się trzę­są­cych,
z bal­la­dy mo­rał gada,
mo­rał na­stę­pu­ją­cy:

GDY WIE­JE WIATR HI­STO­RII,
LU­DZIOM JAK PIĘKNYM PTA­KOM
ROSNĄ SKRZYDŁA, NA­TO­MIAST
TRZĘSĄ SIĘ POR­T­KI PĘTA­KOM.

Strasna Zaba – K.I.Gałczyński

Pew­na pani na Mar­sal­kow­skiej
ku­po­wa­ła syn­kę z gro­skiem
w to­wa­zy­stwie swe­go męża, po­nu­re­go dra­ba;

Wy­cho­dzą ze skle­pu, pani w sloch,
w ksyk i w la­ment: – Mężu, och, och!
po­pats, po­pats, jaka stra­sna żaba!

Mąż był wy­zsy uzęd­nik,
pse­tarl mgłę w oku­la­ze i mówi:

Ze­cy­wi­ście coś ska­ce po tro­tu­aze!
Cy to żaba, cy tez nie,
w każ­dym ra­zie ja tym za­in­te­re­su­ję się;
za­raz za­dzwo­nię do Ce­sła­wa,

a Ce­slaw niech za­dzwo­ni do Sy­mo­na –
nie wy­pa­da, zęby War­sa­wa
była na „ta­kie coś” na­ra­żo­na.

Dzwo­ni­li, dzwo­ni­li i po tsech la­tach
wre­scie schwy­ta­no żabę koło No­we­go Świa­ta;
a żeby spra­wa żaby nie ode­sta w mgli­stość,
uzą­dzo­no hi­sto­ryc­ną uro­cy­stość;

usta­wio­no try­bu­ny, spę­dzo­no tłu­my,
,,Stsel­ców” i „Fe­de­ra­stów” – Sło­wem, cale mia­sto.
Po­tem na try­bu­nę we­sla Wy­so­ka Fi­gu­ra
i kie­dy od­gzmia­ty wsyst­kie ,,hur­ra”,
Wy­so­ka Fi­gu­ra zece tak:

Wspól­nym wy­sił­kiem zadu i spo­łe­ceń­stwa po­zby­li­śmy się ża­bie­go be­ze­ceń­stwa – pa­no­wie, do góry gło­wy i syje! A spo­łe­ceń­stwo: – Ze­cy­wi­ście,
do­bze, ze tę żabę zła­pa­li­ście,
wsy­scy pse­to za­wo­łaj­my: „Niech żyje!”

Tęsknota – Adam Asnyk

Ob­ło­ki, co z zie­mi wsta­ją
I pły­ną w słoń­ca blask zło­ty,
Ach, one mi się być zda­ją
Skrzy­dła­mi mo­jej tę­sk­no­ty.

Te bia­łe skrzy­dła po­wiew­ne
Czę­sto nad zie­mią ob­wi­sną,
Łzy po nich spły­wa­ją rzew­ne,
Cza­sem i tę­czą za­bły­sną.

Gwiaz­dy, co krą­żą w prze­strze­niach
Po dro­gach nie­skoń­czo­no­ści,
Są one dla mnie w ma­rze­niach
Ocza­mi mo­jej mi­ło­ści.

Pa­trzą się w ciem­ne od­mę­ty
Te wiel­kie ru­cho­me słoń­ca…
I ja mi­ło­ścią prze­ję­ty,
Pa­trzę i tę­sk­nię bez koń­ca.

Ocalony – Tadeusz Różewicz

Mam dwa­dzie­ścia czte­ry lata
Oca­la­łem
Pro­wa­dzo­ny na rzeź.

To są na­zwy pu­ste i jed­no­znacz­ne:
Czło­wiek i zwie­rzę
Mi­łość i nie­na­wiść
Wróg i przy­ja­ciel
Ciem­ność i świa­tło.

Czło­wie­ka tak się za­bi­ja jak zwie­rzę
Wi­dzia­łem:
Fur­go­ny po­rą­ba­nych lu­dzi
Któ­rzy nie zo­sta­ną zba­wie­ni.

Po­ję­cia są tyl­ko wy­ra­za­mi:
Cno­ta i wy­stę­pek
Praw­da i kłam­stwo
Pięk­no i brzy­do­ta
Mę­stwo i tchó­rzo­stwo.

Jed­na­ko waży cno­ta i wy­stę­pek
Wi­dzia­łem:
Czło­wie­ka któ­ry był je­den
Wy­stęp­ny i cno­tli­wy.

Szu­kam na­uczy­cie­la i mi­strza
Niech przy­wró­ci mi wzrok słuch i mowę
Niech jesz­cze raz na­zwie rze­czy i po­ję­cia
Niech od­dzie­li świa­tło od ciem­no­ści.

Mam dwa­dzie­ścia czte­ry lata
Oca­la­łem
Pro­wa­dzo­ny na rzeź.

W środku życia – Tadeusz Różewicz

Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy

to jest stół mówiłem
to jest stół
na stole leży chleb nóż
nóż służy do krajania chleba
chlebem karmią się ludzie

człowieka trzeba kochać
uczyłem się w nocy i w dzień
co trzeba kochać
odpowiadałem człowieka

to jest okno mówiłem
to jest okno
za oknem jest ogród
w ogrodzie widzę jabłonkę
jabłonka kwitnie

kwiaty opadają
zawiązują się owoce
dojrzewają

mój ojciec zrywa jabłko
ten człowiek który zrywa jabłko
to mój ojciec

siedziałem na progu domu
ta staruszka która
ciągnie na powrozie kozę
jest potrzebniejsza
i cenniejsza
niż siedem cudów świata
kto myśli i czuje
że ona jest niepotrzebna
ten jest ludobójcą

to jest człowiek
to jest drzewo to jest chleb

ludzie karmią się aby żyć
powtarzałem sobie
życie ludzkie jest ważne
życie ludzkie ma wielką wagą
wartość życia
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów
które stworzył człowiek
człowiek jest wielkim skarbem
powtarzałem uparcie

to jest woda mówiłem
gładziłem ręką fale
i rozmawiałem z rzeką
wodo mówiłem
dobra wodo
to ja jestem
człowiek mówił do wody
mówił do księżyca
do kwiatów deszczu
mówił do ziemi
do ptaków
do nieba

milczało niebo
milczała ziemia
jeśli usłyszał głos
który płynął
z ziemi wody i nieba
to był głos drugiego człowieka

Żyjemy na dnie ciała – Krzysztof Kamil Baczyński

Żyje­my na dnie cia­ła. Na sa­mym dnie gro­zy.
Rzeź­bi nas głód cier­pli­wy – i tną bia­łe mro­zy.
U okien przy­sta­je­my. Noc za oknem cze­ka
gdy czu­je czło­wie­ka,
i śmierć się jeży ci­cho,
I top­nie­je­my z wol­na. Nie pa­trz­my so­bie w oczy
na dru­gi dzień. Znów czło­wiek uto­pił się w nocy.
To nie jest smu­tek wia­ry. To ser­ca tak si­wie­ją
i sty­gną co­raz, sty­gną, z mi­ło­ścią i z na­dzie­ją.
Wie­my tyl­ko. To wie­my: w ostat­nim śnie cier­pie­nia
jest dom rzeź­bio­ny w słoń­cu, a pod nim cie­pła zie­mia,
i tam stru­mie­niem ja­snym jak prze­zro­czy­stym mie­czem
od­bi­ci roz­po­zna­my twa­rze cią­gle czło­wie­cze,

19 paź­dzier­nik 1942 r.

Drzewo – Tadeusz Różewicz

Byli szczęśliwi
dawniejsi poeci
Świat był jak drzewo
a oni jak dzieci

Cóż ci powieszę
na gałęzi drzewa
na które spadła
żelazna ulewa

Byli szczęśliwi
dawniejsi poeci
dokoła drzewa
tańczyli jak dzieci

Cóż ci powieszę
na gałęzi drzewa
które spłonęło
które nie zaśpiewa

Byli szczęśliwi
dawniejsi poeci
pod liściem dębu
śpiewali jak dzieci

A nasze drzewo
w nocy zaskrzypiało
I zawisło na nim
pogardzone ciało

Oda do turpistów – Julian Przyboś

Bez serc, bez ne­rek, bez mię­sa od ko­ści,
o, naj­wier­niej­szy po­są­gu czło­wie­ka,
trwa­ły, po­grzeb­ny
szkie­le­cie,
ar­cy­dzie­ło por­tre­to­wej rzeź­by!
Po­daj mi pisz­czel!
Nie­chaj na tym fle­cie
nie­po­ka­la­nie bia­łym, ob­ra­nym do czy­sta,
za­świ­stam
z we­so­ło­po­sęp­nym dresz­czem
Odę do po­sta­rza­łej o sto lat mło­do­ści
bro­da­tej,
po­nu­rej,
Wa­szej, po­kor­ni wy­ja­da­cze resz­tek
za­stra­sza­ją­co wspa­nia­łe­go Ścier­wa
Char­le­sa Bau­de­la­ire­’a!

Niech nad mar­twym Wa­szym świa­tem
wznio­sę się
i spad­nę
ry­jąc głę­bo­ko w po­ła­ciach mię­sa no­sem,
aże­by spro­stać
Wam, przed­wcze­śnie star­czy,
któ­rych dzie­ciń­stwo i mło­dość ka­le­ka
oca­la­ły z wo­jen­nych, a nie oca­la­ły
z po­ko­jo­wych znisz­czeń!…
Lecz bez tej sztucz­nej szczę­ki za­py­tam Was z pro­sta:

Czyż­by­ście wie­rzy­li,
że jak na (gar­ba­te­go) po­etę wy­star­czy
bę­dąc ogo­nem wy­wra­cać do góry
kota cu­dzej my­śli
wte i we­wte?
Że brzyd­kie to pięk­ne, ład­ne to szka­rad­ne
i na od­wrót?
I wię­cej w wier­szach ru­szać nie trze­ba ro­zu­mem?

Na dar­mo Wa­sza trwo­ga, uda­na czy szcze­ra,
stra­szy nogą wy­ję­tą z ku­bła w pro­sek­to­rium,
spre­pa­ro­wa­ną w szko­le es­te­tycz­nej nu­mer:
zero
prze­ciw no­dze od sto­łu le­głej na śmiet­ni­ku,
na tym Wa­szym Par­na­sie, gdzie ze szczu­rem i gó-,
(em­ble­ma­tem głów­nym
Muzy Ne­kro­fi­lii)
uczy­cie się bez krop­ki pi­sać w szko­le nu­mer:
zera.

Wasz „dreszcz” nie wy­trzy­mu­je po­rów­na­nia z Baką!
Przy­wyk­nął już do tego, nie zlęk­nie się miesz­czuch.
Nu­dzi­cie go jed­na­ko.
Bo ko­góż dziś po­łech­ce Twój ma­ka­be­ro­tyk
ze wstrę­tem es­te­tycz­nie smacz­nym, pseu­do­no­wym,
o Ty,
mo­ra­li­sto od sied­miu czy­ra­ków!
Albo ty, dru­gi wiesz­czu
od nogi sto­ło­wej:
Twój po­grze­bacz nie wstrzą­śnie Dziu­nią z ma­ni­ku­ry!

Na dar­moś się, po­eto, je­den z dru­gim uwziął.
Zie­wa wi­dząc Was w tele sam Ma­ty­siak Jó­zio…

Nie prze­ści­gniesz „Śmier­ci nie­chyb­nej”;
pięk­niej nie zbrzyd­niesz.

Bied­ni! Je­den tak dłu­go draż­nił swą ta­jem­ną ranę,
że stał się dziś Ron­sar­dem róży z mię­so­dzi­wa
(caro lu­xu­rians),
sa­mo­chcą­cą ofia­rą fan­ta­zyj­nej trwo­gi.
Dru­gi wciąż peł­za koło odła­ma­nej
sto­ło­wej nogi
i na­dep­tu­je swój uraz.

Nie wy­tknę­li­ście gło­wy z ku­bła u Bec­ket­ta:
bied­ni! Na­wet na wła­sną śmiet­nicz­kę Was nie stać…
Nie, nie żal mi Was!
Wasz Pe­gaz-Szczur spar­szy­wiał!

Zmy­kaj­cie! Za­rzą­dzam ni­niej­szym
de­ra­ty­za­cję Wa­szych wier­szy.

Przegląd Kulturalny 1962(45)

1 komentarz do “Wiersze do recytacji”

Dodaj komentarz