Żona modna – interpretacja
Żona modna to utwór satyryczny, opublikowany we wrześniu 1779 roku, jako część większego zbioru Satyry. Za przywilejem. Jego autorem jest Ignacy Krasicki, jeden z ważniejszych przedstawicieli polskiej literatury oświecenia, a ponadto duchowny i hrabia (nazywany księciem poetów polskich).
Spis treści
Żona modna – treść wiersza
«A ponieważ dostałeś, coś tak drogo cenił, Winszuję, panie Pietrze, żeś się już ożenił». «Bóg zapłać». «Cóż to znaczy? Ozięble dziękujesz, Alboż to szczęścia swego jeszcze nie pojmujesz?
Rozwiń treść utworu
Czyliż się już sprzykrzyły małżeńskie ogniwa?» «Nie ze wszystkim, luboć to zazwyczaj tak bywa, Pierwsze czasy cukrowe». «Toś pewnie w goryczy?» «Jeszczeć!» «Bracie, trzymaj więc, coś dostał w zdobyczy! Trzymaj skromnie, cierpliwie, a milcz tak jak drudzy, Co to swoich małżonek uniżeni słudzy, Z tytułu ichmościowie, dla oka dobrani, A jejmość tylko w domu rządczyna i pani. Pewnie może i twoja?» «Ma talenta śliczne: Wziąłem po niej w posagu cztery wsie dziedziczne, Piękna, grzeczna, rozumna». «Tym lepiej». «Tym gorzej. Wszystko to na złe wyszło i zgubi mnie wsporzej; Piękność, talent wielkie są zaszczyty niewieście, Cóż po tym, kiedy była wychowana w mieście». «Alboż to miasto psuje?» «A któż wątpić może? Bogdaj to żonka ze wsi!» «A z miasta?» «Broń Boże! Źlem tuszył, skorom moją pierwszy raz obaczył, Ale żem to, co postrzegł, na dobre tłumaczył, Wdawszy się już, a nie chcąc dla damy ohydy, Wiejski Tyrsys, wzdychałem do mojej Filidy. Dziwne były jej gesta i misterne wdzięki, A nim przyszło do ślubu i dania mi ręki, Szliśmy drogą romansów, a czym się uśmiéchał, Czym się skarżył, czy milczał, czy mówił, czy wzdychał, Widziałem, żem niedobrze udawał aktora, Modna Filis gardziła sercem domatora. I ja byłbym nią wzgardził; ale punkt honoru, A czego mi najbardziej żal, ponęta zbioru, Owe wioski, co z mymi graniczą, dziedziczne, Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne. Przyszło do intercyzy. Punkt pierwszy: że w mieście Jejmość przy doskonałej francuskiej niewieście, Co lepiej (bo Francuzka) potrafi ratować, Będzie mieszkać, ilekroć trafi się chorować. Punkt drugi: chociaż zdrowa czas na wsi przesiedzi, Co zima jednak miasto stołeczne odwiedzi. Punkt trzeci: będzie miała swój ekwipaż własny. Punkt czwarty: dom się najmie wygodny, nieciasny, To jest apartamenta paradne dla gości, Jeden z tyłu dla męża, z przodu dla jejmości. Punkt piąty: a broń Boże! — Zląkłem się. A czego? »Trafia się — rzekli krewni — że z zdania wspólnego Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy!« »Jaki węzeł?« »Małżeński«. Rzekłem: »Ten śmierć kończy«. Rozśmieli się z wieśniackiej przytomni prostoty. I tak płacąc wolnością niewczesne zaloty, Po zwyczajnych obrządkach rzecz poprzedzających Jestem wpisany w bractwo braci żałujących. Wyjeżdżamy do domu. Jejmość w złych humorach: »Czym pojedziem?« »Karetą«. »A nie na resorach?« Daliż ja po resory. Szczęściem kasztelanic, Co karetę angielską sprowadził z zagranic, Zgrał się co do szeląga. Kupiłem. Czas siadać. Jejmość słaba. Więc podróż musiemy odkładać. Zdrowsza jejmość. Zajeżdża angielska karéta. Siada jejmość, a przy niej suczka faworyta. Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki, Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki, Niosą pudło kornetów, jakiś kosz na fanty; W jednej klatce kanarek, co śpiewa kuranty, W drugiej sroka, dla ptaków jedzenie w garnuszku, Dalej kotka z kocięty i mysz na łańcuszku. Chcę siadać, nie masz miejsca; żeby nie zwlec drogi, Wziąłem klatkę pod pachę, a suczkę na nogi. Wyjeżdżamy szczęśliwie, jejmość siedzi smutna, Ja milczę, sroka tylko wrzeszczy rezolutna. Przerwała jejmość myśli: »Masz waćpan kucharza?« »Mam, moje serce«. »A pfe, koncept z kalendarza, Moje serce! Proszę się tych prostactw oduczyć!« Zamilkłem. Trudno mówić, a dopieroż mruczyć. Więc milczę. Jejmość znowu o kucharza pyta. »Mam, mościa dobrodziejko«. »Masz waćpan stangréta?« »Wszak nas wiezie«. »To furman. Trzeba od parady Mieć inszego. Kucharza dla jakiej sąsiady Możesz waćpan ustąpić«. »Dobry«. »Skąd?« »Poddany«. »To musi być zapewne nieoszacowany, Musi dobrze przypiekać reczuszki, łazanki, Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki. Ustąp go waćpan; przyjmą pana Matyjasza, Może go i ksiądz pleban użyć do kiermasza. A pasztetnik?« »Umiałci i pasztety robić«. »Wierz mi waćpan, jeżeli mamy się sposobić Do uczciwego życia, weźże ludzi zgodnych, Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych, Trzeba i cukiernika. Serwis zwierściadlany Masz waćpan i figurki piękne z porcelany?« »Nie mam«. »Jak to być może? Ale już rozumiem I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem, Domyślam się. Na wety zastawiają półki, Tam w pięknych piramidach krajanki, gomółki, Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w miodzie, Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany, A na wierzchu toruński piernik pozłacany. Szkoda mówić, to pięknie, wybornie i grzecznie, Ale wybacz mi waćpan, że się stawię sprzecznie. Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości«. Zmilczałem, wolno było żartować jejmości. Wjeżdżamy już we wrota, spojźrzała z karety: »A pfe, mospanie! parkan, czemu nie sztakiety?« Wysiadła, a z nią suczka i kotka, i myszka; Odepchnęła starego szafarza Franciszka, Łzy mu w oczach stanęły, jam westchnął. W drzwi wchodzi. »To nasz ksiądz pleban!« »Kłaniam«. Zmarszczył się dobrodziéj. »Gdzie sala?« »Tu jadamy«. »Kto widział tak jadać! Mała izba, czterdziestu nie może tu siadać«. Aż się wezdrgnął Franciszek, skoro to wyrzekła, A klucznica natychmiast ze strachu uciekła. Jam został. Idziem dalej. »Tu pokój sypialny«. »A pokój do bawienia?« »Tam gdzie i jadalny«. »To być nigdy nie może! A gabinet?« »Daléj. Ten będzie dla waćpani, a tu będziem spali«. »Spali? Proszę, mospanie, do swoich pokojów. Ja muszę mieć osobne od spania, od strojów, Od książek, od muzyki, od zabaw prywatnych, Dla panien pokojowych, dla służebnic płatnych. A ogród?« »Są kwatery z bukszpanu, ligustru«. »Wyrzucić! Nie potrzeba przydatniego lustru. To niemczyzna. Niech będą z cyprysów gaiki, Mruczące po kamyczkach gdzieniegdzie strumyki, Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny, Tu domek pustelnika, tam kościół Dyjanny. Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki, Belwederek maleńki, klateczki na ptaszki, A tu słowik miłośnie szczebioce do ucha, Synogarlica jęczy, a gołąbek grucha, A ja sobie rozmyślam pomiędzy cyprysy Nad nieszczęściem Pameli albo Heloisy...« Uciekłem, jak się jejmość rozpoczęła zżymać, Już też więcej nie mogłem tych bajek wytrzymać. Uciekłem. Jejmość w rządy. Pełno w domu wrzawy, Trzy sztafety w tygodniu poszło do Warszawy; W dwa tygodnie już domu i poznać nie można. Jejmość w planty obfita, a w dziełach przemożna, Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare, Dała sufit a na nim Wenery Ofiarę. Już alkowa złocona w sypialnym pokoju, Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju. Poszły słojki z apteczki, poszły konfitury, A nowym dziełem kunsztu i architektury Z półek szafy mahoni, w nich książek bez liku, A wszystko po francusku; globus na stoliku, Buduar szklni się złotem, pełno porcelany, Stoliki marmurowe, zwierściadlane ściany. Zgoła przeszedł mój domek warszawskie pałace, A ja w kącie nieborak, jak płaczę, tak płaczę. To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali się goście, Wykwintne kawalery i modne imoście, Bal, maszki, trąby, kotły, gromadna muzyka, Pan szambelan za zdrowie jejmości wykrzyka, Pan adiutant wypija moje stare wino, A jejmość, w kącie siedząc z panią starościną, Kiedy się ja uwijam jako jaki sługa, Coraz na mnie pogląda, śmieje się i mruga. Po wieczerzy fajerwerk. Goście patrzą z sali; Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali. Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę, A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze. Powracam zmordowany od pogorzeliska, Nowe żarty, przymówki, nowe pośmiewiska. Siedzą goście, a coraz więcej ich przybywa, Przekładam zbytni ekspens, jejmość zapalczywa Z swoimi czterma wsiami odzywa się dwornie. »I osiem nie wystarczy« — przekładam pokornie. »To się wróćmy do miasta«. Zezwoliłem, jedziem; Już tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem. Już... ale dobrze mi tak, choć frasunek bodzie, Cóż mam czynić? Próżny żal, jak mówią, po szkodzie».
Źródło wydania: Ignacy Krasicki, Satyry i listy, oprac. Zbigniew Goliński, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, wyd. 1, Wrocław, 1958
Żona modna – środki stylistyczne i analiza utworu
Gatunek literacki utworu to satyra, forma powstała już w czasach starożytnych, ośmieszająca i krytykująca określone osoby, bądź też grupy społeczne czy zjawiska i zachowania. – w tym celu wykorzystuje wyolbrzymienia i karykaturalny obraz świata. Pod względem formalnym, gatunek ten czerpie z każdego rodzaju literackiego (dramatu, epiki i liryki), inspiruje się także innymi rodzajami utworów.
Żona modna jest dziełem stosunkowo długim, napisanym trzynastozgłoskowcem. Pojawiające się rymy są parzyste. Krasicki wykorzystał dialog, jako dominującą formę podawczą. Podmiotem lirycznym satyry jest pan Piotr, szlachcic, który niedawno wziął ślub z młodą kobietą. Opisuje on pierwsze miesiące małżeństwa swojemu koledze. Jego wypowiedzi pełne są archaizmów, których obecnie nie spotyka się w języku polskim (ekwipaż – konny pojazd, jeszczeć – jeszcze, jejmość – ona, jej, tuszył – spodziewał się).
Opowiada on w sposób emocjonalny i ekspresywny, czego wyrazem są liczne wykrzyknienia (Broń Boże!, Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy! Moje serce!) oraz pytania retoryczne, czyli nie oczekujące odpowiedzi, ale skłaniające do zastanowienia i refleksji (Cóż mam czynić? Jak to być może?). Zabiegi te sprawiają, że utwór jest bardzo dynamiczny.
Podmiot przytacza także słowa swojej żony w formie mowy niezależnej. Irytacja zachowaniem kobiety objawia się wyliczeniami (a z nią suczka i kotka, i myszka, kwatery z bukszpanu, ligustru) oraz infantylnymi zdrobnieniami (meczecik, domek, figurki, klateczka na ptaszki). Opisywany świat przedstawiony jest z wykorzystaniem licznych epitetów (imbier chiński, belwederek maleńki, wykwintne kawalery, modne imoście, gromadna muzyka). Pojawia się także metafora (Jejmość w plany obfita, a w dziełach przemożna).
Żona modna – interpretacja
Krasicki w swoim utworze przedstawia dialog pomiędzy panem Piotrem i jego kolegą, z którego wynika, że jego żona to osoba pomysłowa i kreatywna, obyta ze światem, a także atrakcyjna, lecz niestety nie pozbawiona wad.
Kobieta bywała na możnych dworach, interesuje się modą i lubi luksusy, ale jej małżonek, choć szlachcic, nie posiada na tyle pokaźnego majątku, aby zaspokoić jej potrzeby. Żona wydaje się nie znać wartości pieniądza, nie zaznała ciężkiej pracy więc nie wie, ile wysiłku kosztuje zgromadzenie środków na spełnienie ekskluzywnych zachcianek. Jest rozrzutna, niegospodarna, marnotrawi pieniądze na zbytki. Liczy się dla niej przede wszystkim opinia innych ludzi, pragnie uchodzić w swoim za osobę zamożną i modą, oczekuje towarzyskiego rozgłosu i intensywnego życia, zupełnie zapominając o swoim małżonku. Brak jej skromności oraz zainteresowania własną rodziną, pełna jest pychy i wszystko robi na pokaz.
Jest postacią o stanowczym charakterze, to kobieta zaborcza, która chce dominować nad Piotrem, pomija jego opinie i nie liczy się ze zdaniem męża. Wykazuje niezdrową fascynację francuską modą, zamiast jedynie czerpać inspiracje z obcych wzorców kulturowych, marzy o całkowitym ich odwzorowaniu w swoim otoczeniu. Uważa się za osobę wrażliwą i delikatną, jednak sposób w jaki postępuje ze służbą oraz ośmieszanie męża świadczą o tym, że jest zupełnie przeciwnie.
Piotr natomiast jest osobą naiwną, bezwolną, która pozwoliła się stłamsić. W milczeniu finansuje coraz to nowe, absurdalne zachcianki żony, pomimo że pieniędzy zaczyna brakować. Podczas podejmowania decyzji o zawarciu związku małżeńskiego on również kierował się pobudkami materialnym, chciał powiększyć swój majątek o posag kobiety – pobliskie ziemie i cztery wioski.
Żadne z bohaterów nie kieruje się uczuciem i prawdziwą, szczerą miłością – ona żyje na pokaz, on poniekąd także – chciał stać się największym okolicznym posiadaczem ziemskim. Finalnie jednak znacznie uszczuplił swój majątek, ponieważ luksusowe aspiracie żony doprowadziły go na skraj bankructwa.
Mężczyzna żałuje swojej decyzji o ślubie, nie potrafi się jednak z niej wycofać, więc brnie w marnotrawienie środków. Małżonkowie nie przedstawili sobie jasno swoich oczekiwań wobec związku, nie prowadzą partnerskiego dialogu, są ze sobą wyłącznie dla zysku. Oboje w pewien sposób reprezentują moralny upadek polskiej szlachty, która traciła narodową tożsamość i skupiała się na gromadzeniu bogactwa.
Podsumowanie
Ignacy Krasicki w swojej satyrze wyśmiewa bezmyślne powielanie obcych wzorców kulturowych przez polską szlachtę. Szczególnie fascynowała się ona modą francuską, za którą ślepo i bezrefleksyjnie podążała, zupełnie zatracając rodzime tradycje. Doszło nawet do absurdalnej sytuacji, w której szlachta wolała porozumiewać się w języku francuskim. Ponadto, autor krytykuje małżeństwa zawierane z pobudek materialnych, jako związki, w których żadna strona nie jest szczęśliwa.