Tren XIX – interpretacja
„Tren XIX (albo Sen)” zamyka cykl „Trenów” wydanych w 1580 roku. Jan Kochanowski podsumowuje w nim swoje cierpienie i odnajduje ukojenie w bólu. Podmiot liryczny godzi się całkowicie ze stratą i powraca do życia sprzed tragedii. Choć nie jest ono takie samo, chce przestrzegać swoich wcześniejszych wartości, takich jak stoicyzm czy pobożność.
Spis treści
Tren XIX – treść wiersza
Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała Zamknąć i zemdlonego upokoić ciała. Ledwie mię na godzinę przed świtanim swemi Sen leniwy obłapił skrzydły czarnawemi.
Rozwiń treść utworu
Na ten czas sie matka własnie ukazała, A na ręku Orszulę moję wdzięczna miała, Jaka więc po paciorek do mnie przychodziła, Skoro z swego posłania rano sie ruszyła. Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone, Twarz rumiana, a oczy ku śmiechu skłonione. Patrzę, co dalej będzie, aż matka tak rzecze: «Spisz, Janie, czy cię żałość twoja zwykła piecze?» Zatymem ciężko westchnął i tak mi sie zdało, Żem sie ocknął; a ona, pomilczawszy mało, Znowu mówić poczęła: «Twój nieutólony Płacz, synu mój, przywiódł mię w te tu wasze strony Z krain barzo dalekich, a łzy gorzkie twoje Przeszły aż i umarłych tajemne pokoje. Przyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoję, Abyś ją mógł oglądać jeszcze, a tę swoję Serdeczną żałość ujął, która tak ujmuje Sił twoich i tak zdrowie nieznacznie twe psuje, Jako ogień suchy knot obraca w perzyny, Darmo nie upuszczając namniejszej godziny. Czyli nas już umarłe macie za stracone I którym już na wieki słońce jest zgaszone? A my owszem żywiemy żywot tym ważniejszy, Czym nad to grube ciało duch jest ślachetniejszy. Ziemia w ziemię się wraca, a duch z nieba dany Miałby zginąć ani na miejsca swe wezwany? O to sie ty nie frasuj, a wierz niewątpliwie, Że twoja namilejsza Orszuleczka żywie. A tu więc takim ci sie kształtem ukazała, Jakoby sie śmiertelnym oczom poznać dała, Ale miedzy anioły i duchy wiecznemi Jako wdzięczna jutrzenka świeci, a za swemi Rodzicami sie modli, jako to umiała Z wami będąc, choć jeszcze słów nie domawiała. Jesliżeć też stąd roście żałość, że jej lata Pierwej są przyłomione, niżli tego świata Rozkoszy zażyć mogła: o biedne i płone Rozkoszy wasze, które tak są usadzone, Że w nich więcej frasunków i żałości więcej, Czego ty doznać możesz sam z siebie napręcej. Ucieszyłeś sie kiedy z dziewki swej tak wiele, Żeby pociecha twoja i ono wesele Mogło porownać z twoim dzisiejszym kłopotem? Nie rzeczesz tego, widzę. Także trzymaj o tem, Jakoś doznał, ani sie frasuj, że tak rana Twojej ze wszech namilszej dziewce śmierć zesłana. Nie od rozkoszyć poszła; poszłać od trudności, Od pracej, od frasunków, od złez, od żałości, Czego świat ma tak wiele, że — by też co było W tym docześnym żywocie człowieczeństwu miło — Musi smak swój utracić prze wielkość przysady, A przynamniej prze bojaźń nieuchronnej zdrady. Czegóż płaczem, prze Boga? Czegóż nie zażyła? Że sobie swym posagiem pana nie kupiła? Że przegrozek i cudzych fuków nie słuchała? Że boleści w rodzeniu dziatek nie uznała? Ani umie powiedzieć, czego jej troskliwa Matka doszła: co z więtszym utrapieniem bywa, Czy je rodzić, czy je grześć? Takieć pospolicie Przysmaki wasze, czym wy sobie świat słodzicie. W niebie szczere rozkoszy, a do tego wieczne, Od wszelakiej przekazy wolne i bezpieczne. Tu troski nie panują, tu pracej nie znają, Tu nieszczeście, tu miejsca przygody nie mają, Tu choroby nie najdzie, tu nie masz starości, Tu śmierć łzami karmiona nie ma już wolności. Żyjem wiek nieprzeżyty, wiecznej używamy Dobrej myśli, przyczyny wszytkich rzeczy znamy. Słońce nam zawżdy świeci, dzień nigdy nie schodzi Ani za sobą nocy niewidomej wodzi. Twórcę wszech rzeczy widziem w Jego majestacie, Czego wy, w ciele będąc, prózno upatrzacie. Tu w czas obróć swe myśli, a chowaj sie na te Nieodmienne, synu mój, rozkoszy bogate. Doznałeś, co świat umie i jego kochanie, Lepiej na czym ważniejszym zasadź swe staranie. Dziewka twoja dobry los (możesz wierzyć) wzięła, A własnie w swoich rzeczach sobie tak poczęła, Jako gdy kto na morze nowo sie puściwszy, A tam niebezpieczeństwo wielkie obaczywszy, Woli nazad do brzegu. Drudzy, co podali Żagle wiatrom, na ślepe skały powpadali: Ten mrozem zwyciężony, ten od głodu zginął, Rzadki, co by do brzegu na desce przypłynął. Śmierci zniknąć nie mogła, by też dobrze była Onę dawną Sybillę wiekiem swym przeżyła. To, co miało być potym, uprzedzić wolała: Tymże mniej tego świata niewczasów doznała. Drugie po swych namilszych rodzicach zostają I ciężkiego siroctwa nędzne doznawają. Wypchną drugą na męża leda jako z domu, A majętność zostanie, sam to Bóg wie komu. Biorą drugie i gwałtem; a biorą i swoi; Ale w hordach część sie wielka ich zostoi, Gdzie w niewoli pogańskiej i służbie sromotnej Łzy swe piją, czekając śmierci wszystkokrotnej. Tego twej wdzięcznej dziewce bać sie już nie trzeba, Która w swych młodych leciech wzięta jest do nieba, Żadnych frasunków tego świata nie doznawszy Ani grzechem dusze swej drogiej pomazawszy. Jej tedy rzeczy, synu (niemasz wątpliwości), Dobrze poszły, ani stąd używaj żałości. Swoje szkody tak szacuj i omyłki swoje, Abyś nie przepamiętał, że baczenie twoje I stateczność jest droższa. W tę bądź przedsię panem, Jako sie kolwiek czujesz w pociechy obranem. Człowiek, urodziwszy sie, zasiadł w prawie takim, Że ma być jako celem przygodom wszelakim. Z tego trudno sie zdzierać; pocznimy, co chcemy: Jesli po dobrej woli nie pójdziem, musi[e]my. A co wszytkich jednako ciśnie, nie wiem czemu Tobie ma być, synu mój, naciężej jednemu. Śmiertelna, jako i ty, twoja dziewka była, Póki jej zamierzony kres był, poty żyła. Krótko wprawdzie, ale w tym człowiek nic nie włada, A wyrzec też, co lepiej, niełacno przypada. Skryte są Pańskie sądy; co sie Jemu zdało, Nalepiej, żeby sie też i nam podobało. Łzy w tej mierze niepłatne; gdy raz dusza ciała Odbieży, prózno czekać, by sie wrócić miała. Ale człowiek nie zda sie praw szcześciu w tej mierze, Że szkody pospolicie tylko przed się bierze, A tego baczyć nie chce ani mieć w pamięci, Co mu też czasem padnie wedle jego chęci. Tać jest władza fortuny, mój namilszy synie, Że nie tak uskarżać sie, kiedy nam co zginie, Jako dziękować trzeba, że wżdam co zostało, Bo to wszytko nieszczeście w ręku swoich miało. A tak i ty, folgując prawu powszechnemu, Zagródź drogę do serca upadkowi swemu, A w to patrzaj, co uszło ręku złej przygody: Zyskiem człowiek zwać musi, w czym nie popadł szkody. Na koniec, w co sie on koszt i ona utrata, W co sie praca i twoje obróciły lata, Któreś ty niemal wszystkie strawił nad księgami, Mało sie bawiąc świata tego zabawami? Teraz by owoc zbierać swojego szczepienia I ratować w zachwianiu mdłego przyrodzenia. Cieszyłeś przed tym insze w takiejże przygodzie: I będziesz w cudzej czulszy niżli w swojej szkodzie? Teraz, Mistrzu, sam sie lecz; czas doktór każdemu. Ale kto pospolitym torem gardzi, temu Tak poznego lekarstwa czekać nie przystoi: Rozumem ma uprzedzić, co insze czas goi. A czas co ma za fortel? Dawniejsze świeżemi Przypadkami wybija, czasem weselszemi, Czaem też z tejże miary, co człowiek z baczeniem Pierwej, niż przyjdzie, widzi i takim myśleniem Przeszłych rzeczy nie wściąga, przyszłych upatruje I serce na oboję fortunę gotuje. Tego sie, synu, trzymaj, a ludzkie przygody Ludzkie noś; jeden jest Pan smutku i nagrody». Tu zniknęła. Jam sie też ocknął. Aczciem prawie Niepewien, jeslim przez sen słuchał czy na jawie.
Źródło wydania: Jan Kochanowski, Treny, Drukarnia Łazarzowa, wyd. 2, Kraków, 1583
Tren XIX — analiza i środki stylistyczne
Utwór odmienny charakter i układ od poprzednich osiemnastu wierszy cyklu. Wypełnia on funkcję odnalezienia pocieszenia, czyli consolatio oraz napomnienia moralnego dla exhortatio. Forma gatunkowa zastosowana przez artystę wywodzi się z antycznej Grecji. Poza wymienionymi dwoma elementami pojawiały się również exordium, czyli przedstawienie zmarłego, laudatio ukazujące jego zasługi oraz compolaratio, które demonstruje żal podmiotu lirycznego.
Epicedium składa się z 158 wersów zapisanych stroficznie w trzech zwrotkach. Pod względem długości również wyróżnia się na tle zbioru, bez żadnych wątpliwości można go uznać za najobszerniejszy tren. Różni się również sposób prezentowania sytuacji lirycznej. Osoba mówiąca w poprzednich utworach ukazywała swoje uczucia i poglądy w sposób bezpośredni, tutaj natomiast ukazuje wizję, jaka ukazała się jej we śnie. Jest to więc relacja z widzenia, jakim został obdarzony. Miesza on lirykę bezpośrednią z pośrednią, dlatego że choć nie można uznać go za bezpośrednio obecnego w wizji (w większości zastosowano mowę zależną), wyraża się w pierwszej osobie liczby pojedynczej („Oczu mi nie dała / Zamknąć”, „Orszulę moję”, „Patrzę, co dalej będzie”). Tren został zapisany trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie (7+6) popularnym w polskiej literaturze dzięki renesansowemu poecie.
W pierwszych trzynastu wersach poeta utożsamiany z podmiotem lirycznym wprowadza odbiorcę do sytuacji lirycznej. Opowieść osoby mówiącej ma charakter obiektywny, nie wyraża on swoich osądów, a jedynie relacjonuje wydarzenia ze swojego snu.
Dominująca część utworu to monolog bohaterki lirycznej do swojego syna, czyli Kochanowskiego. Większość apostrof („nie wiem czemu / Tobie ma być, synu mój, najciężej jednemu”, „Śpisz, Janie?”, „Twój nieutulony / Płacz”, „Przyniosłam Ci na ręku wdzięczną dziewkę twoją”, „O to ty się nie frasuj”, „Czegóż płaczesz” itp.) obecnych w utworze skierowanych jest właśnie do niego.
Tren obfituje także w inne środki stylistyczne, takie jak pytania retoryczne („Śpisz, Janie? Czy Cię żałość twoja zwykła piecze?”, „Miałby zginąć ani na miejsca swe wezwany?”, „Mogło porównać z twoim dzisiejszym kłopotem?”, „Czegóż płaczesz, prze Boga?”, „Czegoż nie zażyła?”, „Czy je rodzić, czy je grześć?” etc.), wykrzyknienia (np. „Czego ty doznać możesz sam z siebie napręcej!”, „Nie rzeczesz tego, widzę!”, „I tak stateczność jest droższa!”, „ani stąd używaj żałości!”), ale także epitety („sen leniwy”, „skrzydły czarnawymi”, „giezłeczko białe”, „włoski pokręcone”, „twarz rumiana”, „łzy gorzkie” itp.) i metafory („noc oczu”, „sen leniwy obłapił skrzydły” itd.). W całym utworze obecne są także powtórzenia („Czegóż płaczesz, prze Boga? Czegóż nie zażyła?”, „czy je rodzić, czy je grześć?”, „tu troski nie panują, tu pracej nie znają […]”), anafory („tu”, „rozkoszy”, „że”, „A”) i przerzutnie („Zatym-em ciężko westchnął i tak mi się zdało, / żem się ocknął”, „a tę swoją / serdeczną żałość ujął”), podkreślające znaczenie najważniejszych fragmentów, które mogłyby umknąć czytelnikowi.
Tren XIX albo sen — interpretacja utworu
Tren przedstawia wizję senną, jaką został obdarzony Kochanowski. Ukazuje mu się zmarła matka, trzymająca na rękach ukochaną Urszulkę. Cała sytuacja wydaje mu się tak realna, że nie ma pewności, czy to widzenie, czy jawa. Bez względu na to, spotkanie to przynosi mu spokój i ukojenie.
Utwór trzeba rozważać w kontekście poprzednich wierszy z cyklu. Monolog matki, który jest większą częścią całego trenu, odpowiada na pytanie z „Trenu X” („Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?”) oraz błaganie z tegoż („Pociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną / Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną”). Rodzicielka pokazuje mu, że jego córka trafiła do nieba i wraz z babcią spędza czas w raju. Pociesza go, że dziewczynce nigdzie nie będzie lepiej, niż tam. Nie ma tam pracy, chorób, bólu i cierpienia. Każdy rodzic chce uchronić przed tym dziecko, dlatego te słowa mają ukoić niepokój o los Urszulki. Babcia dziewczynki nawiązuje także do trenów z części compolaratio, demonstrujących jego żal i tęsknotę po stracie córki.
Pani Kochanowska dalej także podnosi swojego syna na duchu. Tłumaczy mu, że tak po prostu musiało być, taka była boża wola i nie ma co z nią dyskutować. Z jej słów wynika, że sama nie ma pewności, dlaczego tak dokładnie się stało, ale Bóg musiał mieć powody, by tak właśnie postąpić. To także można uznać za bezpośrednią odpowiedź na jeden z trenów, konkretnie czwarty, gdzie widać było jego niezgodę i poczucie niesprawiedliwości w odejściu dziecka.
Ciężko stwierdzić, o ile widzenie to faktycznie miała miejsce, a o ile była to jedynie artystyczna wizja poety z Czarnolasu, jednak spełnia ono swoją funkcję — przynosi mężczyźnie ukojenie. Sam także nie wydaje się uznawać tego za niezbity dowód na istnienie nieba i potwierdzenie jej życia wiecznego, a jedynie wyraz nadziei i marzenia, że córka znajduje się w lepszym miejscu, gdzie już nie cierpi.
Filozoficzny fundament wiersza opiera się na założeniach i wartościach chrześcijańskich. Pojawia się wiele aluzji do katolickiej wizji świata (raj, modlitwa, słowa z księgi rodzaju „bo prochem jesteś i w proch się obrócisz”, dusza itp.), jak również bezpośrednie słowa na temat Boga i jego planu w zabraniu Urszulki z tego świata. Kochanowski powraca więc na łono kościoła, co widać także w poprzednim „Trenie XVIII”, gdzie zwracał się w formie modlitwy do Stwórcy. Matka także cieszy się, że powraca on na tory swoich poprzednich wartości i zasad.
Napomnienie moralne płynące z monologu można spuentować antyczną myślą carpe diem, czyli chwytaj dzień. Użalanie się nad losem zmarłej nic już nie da, a życie toczy się dalej. Należy powrócić do codzienności, „nosić ludzkie”, jak stwierdza bohaterka liryczna pod koniec trenu. Podobny nastrój prawdopodobnie towarzyszył samemu Kochanowskiemu, który odnalazł spokój duszy i chęć do dalszego życia.